poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Rozdział 7 Krzywda

  Co prawda to prawda nie powinien się mieszać w moje życie rodzinne, ale nie umiem się na niego gniewać.

-Zrobiłeś listę zakupów?- spytałam
-Nie, a miałem?
-Tak skoro mi nie zostawiłeś listy musisz iść ze mną.
Wyszliśmy z domu.
-To czego potrzebujesz?
-Nie wiem. Tak dziwnie się czuje kiedy pytasz o takie rzeczy.
-Niby czemu? To zrobimy to po mojemu.- powiedziałam i łapiąc go za rękę wciągnęłam do sklepu. Skoro nie wiesz co kupić to kupie wszystko poprzedniej listy, na pewno zwykły chleb, tostowy, masło, miód i co ... coś do picia.Najlepiej yyy... 6 butelek wody niegazowanej i 4 kartony soku ... jabłkowy czy pomarańczowy?
-Pomarańczowy.- powiedział śmiejąc się.
-Też bym ten wybrała.- powiedziałam odwzajemniając uśmiech.- Resztę to twoje "żądania".
-Jeszcze nic nie wziąłem z szafki.
-Nic nie potrzebujesz?
-W zasadzie to nie!
-O to jeszcze zdążę położyć się spać jest 7.00 to pół godziny.
-Może pójdziemy się przejść?- spytał nieśmiało wskazując na długą alejkę cała zieloną od drzew już po wyjściu ze sklepu.
-Z tymi zakupami ? - spytałam niosąc w rękach siatki.
-Daj to pomogę.- powiedział i wziął ode mnie jedną z reklamówek ta cięższą.- Lepiej chodźmy do domu.
Kiedy przyszliśmy do domu w salonie czekała pani Verdas.
-Violu, musimy porozmawiać.- powiedziała surowo.
-Dobrze tylko zaniosę zakupy.- powiedziałam.
-Myślę, że León spokojnie przeniesie je do swojego pokoju, a my porozmawiamy.
Gdy León już poszedł spytała:
-W co ty grasz?
-Nie rozumiem.- powiedziałam i zaraz do pokoju wszedł pan Verdas.
-León cię nie potrzebuje, nie potrzebuje, nie dość służącej to jeszcze sieroty.
Wtedy przejechał mi igła ukrytą w pierścieniu nad brwią. Krew poleciała strumieniami.
-To będzie ci o tym przypominać.- mówiąc to wyszedł.
-Od dziś jesteś opiekunka Megan i nie masz prawa nikomu pisnąć słowa o naszej rozmowie dzisiaj.
Pobiegłam do pokoju. Camila siedziała w pokoju miała przerwę i słuchała muzyki. Gdy mnie zobaczyła przeraziła się. Zamknęłam się w łazience. Nawet nie wiedziałam , że gdy wyjdę to w pokoju zamiast Camili będzie pani Verdas.
-Co pani tu robi?- spytałam ocierając łzy.
-Tak mi przykro to miała być tylko rozmowa.- milczałam bojąc się odezwać.
-Wiem , że mój mąż zrobił ci krzywdę, ale on się boi.
-Czego?- spytałam zdruzgotana.
-Oboje widzimy, że między Tobą, a Leónem jest...
Nagle przerwałam mówiąc: Między mną, a Leónem nic nie ma , proszę wyjść.
-Nie przeszkadzało by mi to, wole ciebie od Ludmiły.
Mój mąż wyjeżdża dzisiaj na kolejne 1,5 roku.
-Pani musi już iść.- powiedziałam wskazując na drzwi.
-Dobrze tylko nie mów Leónowi znienawidzi nas.
-Już macie przerąbane!- odezwał się ktoś zza drzwi i był to León - Jak mogłaś?!
-León synku zaczekaj!- mówiąc to wybiegła za nim po czym zamknęłam drzwi na klucz. Po 10 minutach przyszły dziewczyny.
-Jaka tu była komedia.- powiedziałam, śmiejąc się i zakładając plaster.
-Już ci lepiej ?- spytała zdziwiona Camila.
-Gdybyś tu była też byś się potem śmiała. Najpierw przyszła Verdas i zacząła mnie przepraszać i prosić żeby nie mówić nic Leónowi, a León był za drzwiami i wszystko słyszał.
-To musiało być ciekawie!- powiedziała Fran, a Cami przytakiwała.-A co chcesz zrobić z raną?
-Wybaczyć ale nie zapomnieć.
-Wybaczyć?!- spytały obie.
-Skoro przyszła tu i przepraszała to na prawdę jej wstyd i tak już ma tyle na głowie. Męża nigdy nie ma , a syn ją znienawidził nie chce jej dokładać.
-Jesteś za dobra.-powiedziała Cami.
-Dzisiaj mam już wolne, bo Megan jest u koleżanki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz